WROCŁAW I KIELCE
Hey Piotr,
Mam nadzieję, że Holter’s tests skażą Cię na długowieczność…
Gdzieś od mniej więcej roku mieszkaliśmy na ulicy pod wezwaniem Konstantego Damrota, co w
samym sobie było niezłą ironią, bo ta ulica była boczną od dawnej ulicy Stalina. Wiadomo wszystkim
co to za gagatek ten Józef był, a nieliczni tylko wiedzieli, że Damrot był Biskupem Diecezji
Wrocławskiej, filozof, pisarz, poeta i gorący patriota. Tyle, że minęli się w czasie ze Stalinem, bo
Damrot zmarł w 1895 roku. Nie sądzę, żeby w życiu pozagrobowym spotkali się w tych samych
departamentach wieczności.
Do poniemieckiej kamienicy w której mieszkaliśmy wiodły ciężkie drewniane drzwi,
ornamentowane w jakieś skrzydlaste dziwadła, prawdopodobnie anioły zniekształcone czasem. Coś
jakby wrota do Nieba poczynając od kamienicznej rzeczywistości. Złuda rozwiewała się zaraz po
drugiej stronie anielskiej idylli, wydeptane schody, ciemne ze starości szyby półpięter, wydrapane na
ścianach miłosne życiorysy, co piękniejszych lokatorek.
Mieszkaliśmy na drugim i trzecim piętrze, głównie na trzecim, bo na drugim mieszkała ruda
Steniula, mojej mamuśki młodsza siostra. Dekady temu była piękną dziewczyną, marzeniem co
drugiego AK-owca, miała pseudonim Ruda, teraz siedziała w domu i wekowała co się tylko dało,
ogórki, pomidory, grzyby i chyba coś tam jeszcze zielonego. Wychodziła z mieszkania tylko na
balkon i to po zachodzie słońca, żeby jej cera nie zwiędła. Zawaliła tymi wekami całą przynależną
piwnicę, nikt tego nie jadł, a moja mamuśka, pseudonim Lola, też z Powstania, przypuszczała, że
granat wybuchł za blisko jej głowy. Zmarła na raka wątroby, pewnie od tych weków. Potem jej
życiowy partner Fredek, wywalił te weki na śmietnik, może z żałości, ale pewnie dlatego, że w końcu
miał miejsce na ukochany motorower.
Mieszkanie
było małe, ale mieliśmy tam własny pokój-kiszkę, rozkładaną szwedzką
wersalkę,
dziecinne łóżko z barierkami i ciężkie lniane kotary na okno, z wielbłądami i tańczącymi arabami
między palmami, żółte piaski, brązowe wielbłądy i okutane białymi szmatami araby. Mamuśka
wpadła dość łatwo w instytucję babci, ojciec zabierał gówniarza w wózeczku na odrzańskie wały, bo
tam zbierał szczaw na zupę, za którą to zupą przepadał, z gotowanymi jajami. Mówił, że to jest
bardzo dobre na robaczycę glizdową. Zachodziliśmy z Reną w głowę, skąd on to wymyślił, ale nikt
nie upierał się, żeby nas tym karmić.
W sumie było całkiem spokojnie, nikt nikogo nie prześladował, raczej mijaliśmy się w zgodzie. W
kilka dni po moim powrocie z praktyki, gdzieś po północy całą naszą społeczność obudził
natarczywy dzwonek. Otwieram, telegram do Reny, zmarł Czesiek, jej ojciec. Poznałem jej
rodziców, kiedy postanowiła, że powinienem wybrać się do Kielc żeby żebrać o jej rączkę.
Pojechałem, ojciec średniego wzrostu, brunet z cienkim wąsikiem nad wargą, wypisz wymaluj Rhett
Butler z “Gone with the Wind”, całkiem filmowy. Był głównym inspektorem PolBudu, jeździł po
całym kraju na jakieś nasiadówki, był gościem we własnym domu. Tym razem wracał skądś i już w
Kielcach dostał zawału serca. Siedział na tylnym siedzeniu służbowego auta i zanim kierowca
załapał, było za późno. Matka, wyfiokowana blondyna pracowała w PIHu, a później w NIKu i tak
wyglądała, urodzony inspektor. Narzekała; co ten Czesiu narobił, ale to on sprowokował los, bo za
najlepszą jarzynę uważał boczek i spłukiwał go w trzewia łykiem żytniej albo żubrówki, choć ta do
żubra nawet się nie umywała. Rena poleciała do księdza po ostatnie namaszczenie, chyba i po mszę.
Kościół, zaraz po drugiej stronie ulicy, to pewnie myślała, że po sąsiedzku, to i pójdzie gładko, ale
nie. Ksiądz robił fochy, że oni nie parafianie, nie ma ich na liście składek, choć często i gęsto wpadał
do Czesia na jakieś dyskusje, a głównie na ten boczek popijany żytnią. W końcu przekonało go parę
setek. Msza, pomnik i kupa kwiatków na wieczne odpoczywanie.
Wróciliśmy
do Wrocławia, bo za parę dni zaczynał się rok akademicki.