PRAKTYKA W CHARKOWIE – LIPIEC 1974

    

    Pomysł napisania tego tekstu powstał pod koniec lutego 2022 roku, kilka dni po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę. 

Szokujące wtedy zdjęcia i relacje telewizyjne wstrząsnęły chyba całym światem, trudno było uwierzyć, że to dzieje się naprawdę w 

XXI wieku, w Europie tak ciężko doświadczonej przez II Wojnę Światową. Widok zbombardowanych bloków, pawilonów 

handlowych i budynków użyteczności publicznej, pożary oraz zwłoki ludzi na ulicach Charkowa przypomniały, że w 1974 roku 

byliśmy tam w ramach praktyki studenckiej. To było okropne i brutalne przeniesienie się z tamtych lat i studenckich wspomnień do 

dnia dzisiejszego z okropieństwami wojny …

   Mimo tej smutnej refleksji życzę wszystkim czytelnikom miłej lektury, powrotu do młodzieńczych lat oraz ukraińskich wspomnień !

            STUDENCKIE PRAKTYKI


    

    Praktyki studenckie miały miejsce po każdym zakończonym roku studiów, z wyjątkiem długich wakacji po III roku. Na początku 

była obowiązkowa w tamtych czasach praktyka robotnicza, żeby student wiedział co to trud i znój, potem praktyka rolnicza i 

hodowlana. Wszystkie trwały miesiąc i były zorganizowane w PGR–ach, na ogół bez sensu i celu. Pamiętam, że w pierwszej mycie 

było na zewnątrz, a zimna woda leciała z kilkunastu kranów zainstalowanych na długiej rurze. W większości nie było za bardzo 

wiadomo co z nami robić, trzeba było przepękać jakoś ten czas, w którymś z PGR-ów w stołówce – świetlicy był nawet adapter 

Bambino i jedna płyta Bohdana Łazuki, od rana do wieczora ta sama. Fajne były w trakcie pierwszej praktyki robotniczej 

weekendowe wycieczki, np. rejs stateczkiem po Odrze albo autobusowy wyjazd do Karpacza i Szklarskiej Poręby, w czasie których 

płukaliśmy trzewia (jak podaje Jurek w swoich wspomnieniach) różnymi trunkami. Natomiast po IV i V roku były praktyki 

weterynaryjne kliniczne i WIS-owskie i te pierwsze można było też zaliczyć i odbyć w ramach międzynarodowej wymiany studentów

na uczelniach, z którymi były podpisane stosowne umowy.

                  REKRUTACJA DO CHARKOWA

    

    W celu załapania się na taki wyjazd należało mieć właściwą postawę (chyba niczym złym nie podpadłem) oraz dobrą średnią z 

egzaminów (z tym nie miałem problemów, dosyć regularnie dostawałem z tej okazji nagrody rektorskie) i wszyscy uczestnicy spełniali

te warunki. Pod koniec IV roku rekrutacja została zakończona i na praktykę oraz wyjazd do Charkowa zostały zakwalifikowane 

następujące osoby: Grażyna (wtedy Misztal) Kneblewska oraz faceci: Michał Drozdowski, Stasiu Graczyk, Jasiu Kiliszowski, Piotr 

Kneblewski, Janusz Lach, Mieciu Lipiński, Janek Serwin oraz Krzysiek Wojnarski. Opiekunem naszej grupy z ramienia uczelni został 

asystent prof. Senzego z położnictwa, dr Janusz Stańczyk – dosyć zasadniczy w kontaktach ze studentami, ale w czasie praktyki sporo

zyskał w naszych oczach, został naszym przyjacielem, wszyscy czuliśmy się dobrze i obdarzaliśmy się wzajemną sympatią. Po tylu 

latach nie wszystko dobrze się pamięta i niektóre szczegóły na pewno umknęły i ta relacja może nie być zgodna ze wspomnieniami 

pozostałych uczestników, ale byłbym zadowolony gdyby ktoś chciał to uzupełnić.



               MOJE ROZTERKI PRZED WYJAZDEM

    

    Zastanawiałem się od czego zacząć i chyba najlepiej od początku. Tuż przed wyjazdem musiałem podjąć ważną decyzję, a potem

to już zależało od innych albo od losu. Jeśli dobrze pamiętam to wyjazd wypadał w sobotę, dzień ślubu i wesela mojej siostry. Wtedy 

nie było dużo możliwości indywidualnych wyjazdów za granicę i ewentualnego samotnego gonienia całej grupy, zwłaszcza w tamtym 

kierunku. Z bólem serca i wielką rozterką zdecydowałem jechać razem (innej możliwości wtedy nie było), ale uratowałem wieczór 

kawalerski z moim szwagrem Andrzejem, dzień przed wyjazdem. Co prawda, jak się dzisiaj słyszy o wieczorach kawalerskich czy 

panieńskich, trwających 2-3 dni, czasem na zagranicznym wyjeździe, to wtedy było to zupełnie coś innego. W przeddzień wyjazdu i 

ślubu, zrobiliśmy z Andrzejem, szybki wieczorny rajd po kilku łódzkich knajpach w centrum, w każdej wódeczka i śledzik i chyba 

przed północą, w niezłym stanie ogólnym byliśmy z powrotem w domu.

                  POCZĄTEK PODRÓŻY

   

    Następnego dnia rano większość uczestników praktyki rozpoczęła pełną przygód podróż, jak się później okazało, w pociągu 

pospiesznym relacji Wrocław – Warszawa przez stację Łódź Kaliska, gdzie dosiadłem razem z Januszem, zaopatrzeni w prowiant na 

całą podróż. Z Warszawy Głównej (bo chyba Centralnej jeszcze nie było) dostaliśmy się na dworzec Gdański, skąd odjeżdżały 

pociągi międzynarodowe, także w kierunku wschodnim. Nasz pociąg miał jechać do Kijowa przez Terespol-Brześć i wyglądał całkiem

przyzwoicie, pierwsze godziny podróży upłynęły szybko i przyjemnie, ale przed granicą konduktorka albo celniczka poinformowała, 

że nie wolno przewozić żadnej żywności, a my mieliśmy całkiem sporo kanapek, owoców, w tym pomarańcze zdobyte gdzieś przez 

nasze troskliwe Mamy. Co się dało to zjedliśmy na szybko, ale chyba sporo zostało. Na stacji granicznej w Terespolu dobry nastrój się

skończył, na peronie żołnierze z psami i karabinami, w ciszy pociąg przejechał przez granicę do Brześcia. Tam wszystkie nasze 

bagaże zostały w przedziałach, my mieliśmy około 2 godziny wolnego czasu, a w tym czasie wagony zmieniały szerokość na taką co 

pasowała do ruskich standardów. Poszliśmy na krótki spacer po okolicy, było chyba jakieś święto lokalne, bo po ulicach maszerowały

orkiestry dęte i weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej z dziesiątkami medali i orderów na piersiach, co robiło wrażenie, ale też 

uśmiech politowania i niedowierzania z naszej strony. Ale co najgorsze dopiero było przed nami.

                        

                            TERESPOL I BRZEŚĆ

    Po powrocie na dworzec kazali nam zabierać bagaże i pierwszym pociągiem wracać do Polski, okazało się że nasze dokumenty są 

słabe, coś im brakuje i mamy wracać. Wróciliśmy do Terespola po polskiej stronie, stacyjka malutka, bez żadnego zaplecza, mała 

poczekalnia, w której jak się okazało spędziliśmy całą noc, a my wszystko co było do zjedzenia i wypicia wykorzystaliśmy już 

wcześniej przed granicą. Nasz opiekun i my zaskoczeni, niepewni co będzie dalej. Janusz S. z Krzyśkiem zorganizowali taksówkę i 

późnym wieczorem (sobota) pojechali do Białej Podlaskiej szukać pomocy i jakiegoś rozwiązania, po długich poszukiwaniach trafili 

do Komendanta Powiatowego Milicji. Finał tej akcji po kilku godzinach w środku nocy zakończył nasze kłopoty, Komendant wpisał 

flamastrem w tzw. wkładce paszportowej, która udawała paszport w demoludach, dwa słowa „wymiana studentów” i chyba 

przystawił pieczątkę, to miało wystarczyć.

                         

                              ZACZYNAMY PODRÓŻ DRUGI RAZ

    

    Te kłopoty zintegrowały naszą grupę i spowodowały mocne zgranie, nawet śpiewające, dosłownie i w przenośni. W naszym 

zespole było kilku muzyków z instrumentami, Mieciu z akordeonem, Janusz z łyżkami, których używał w mistrzowski sposób, Michał 

z fletem, ktoś z tamburynem, a wszyscy ze śpiewem na ustach. W naszym repertuarze były przede wszystkim piosenki studenckie, 

biesiadne, partyzanckie oraz inne. Po tym wydarzeniu powstała nawet jedna nowa zwrotka: Pieczątkę, kto ma, ten jedzie do 

Charkowa, a kto pieczątki nie ma, zaczyna znów od nowa, a potem refren: Bo nam wszystko jedno, my mamy cały świat, a student 

bez pieniędzy jest więcej wart.

    

    Nad ranem z lepszymi papierami odjechaliśmy z Terespola do Brześcia i tym razem się udało przekroczyć granicę, był tylko jeszcze

jeden problem, nasz międzynarodowy pociąg odjechał wczoraj wieczorem, ale to dało się jakoś załatwić i lokalnym pociągiem, już nie

takim czystym i szybkim, ale brudnym i śmierdzącym pojechaliśmy dalej, chyba z przesiadką w Kijowie. Wtedy zauważyliśmy, że w 

tym samym wagonie podróżuje dwóch smutnych facetów, którzy na zmianę stale byli blisko i nas obserwowali. Ta podróż z asystą 

skończyła się na zabytkowym, ale zaniedbanym Dworcu Głównym w Charkowie, gdzie czekali na nas przedstawiciele charkowskiej 

uczelni.

                         JESTEŚMY W CHARKOWIE

    

    Początki Charkowa datują się na 1654 rok, w czasie naszej podróży miasto położone w północno-wschodniej Ukrainie liczące 

około 1,3 mln mieszkańców było jednym z największych ośrodków przemysłowych i kulturalno-naukowych całego Związku 

Radzieckiego. W centrum ogromny plac Dzierżyńskiego (dzisiaj Wolności), a na wzgórzu dominująca nad miastem cerkiew - Sobór 

Zaśnięcia Matki Bożej, ponadto w mieście Monastyr Pokrowski, Sobór Zwiastowania, ogromna katedra katolicka, monumentalny 

gmach Uniwersytetu Charkowskiego, pierwszy wieżowiec z 1928 roku oraz centralny dom towarowy. Zapamiętałem, że w centrum 

wzdłuż szerokich ulic z tramwajami i trolejbusami stały zabytkowe XIX-wieczne kamienice o bardzo ciekawej architekturze, pełne 

ozdobnych szczegółów i detali, nieco dalej od centrum budynki o wyglądzie socrealistycznym oraz osiedla z wielkiej płyty, wszystko 

niestety zaniedbane, brudne i wymagające remontu i odnowienia.

                         

                            POWITANIE I AKADEMIK

    

    Przedstawiciele kadry naukowej i studentów charkowskiego Instytutu ZOO-WET wyjechali po nas na dworzec autobusem, 

rozklekotanym i pordzewiałym oraz niemiłosiernie hałasującym w czasie jazdy, ale to był luksus w porównaniu z pojazdem, którym 

podróżowaliśmy później. Pojechaliśmy do miasteczka akademickiego pod Charkowem, gdzie mieściły się budynki uczelni oraz 

akademiki wśród zieleni drzew, krzewów i trawników. Z wyglądu to wszystko wyglądało na wybudowane we wczesnych latach 

powojennych i taki też poziom i „komfort” zapewniało użytkownikom. Zostaliśmy zakwaterowani w 3 pokojach, w dwóch jedynkach

Grażyna i Janusz Stańczyk (czyli Europa), a cała reszta chyba w jednej wspólnej, dużej sali (a może chłopaki byli w dwóch salach ? ja

nie zawsze nocowałem w swoim łóżku). W końcu korytarza prysznice i umywalki, a oddzielnie toalety. Pierwsza tam wizyta 

pozostawiła szok, bo między sedesami były tylko przegrody, bez drzwi, a obok stał druciany kosz na zużyty papier, a właściwie 

kawałki dosyć twardych i szorstkich gazet, niektóre były nawet kolorowe i dosyć śliskie, co nie ułatwiało sprawy. Potem się okazało, 

że to nie było najgorsze miejsce z których przyszło nam korzystać. Pomijając dosyć surowe warunki zakwaterowania, to przyjęli nas 

tam bardzo serdecznie, w czasie powitalnej kolacji wódkę nalewali szklankami i starali się nas ugościć jak najlepiej.

                            

                         UCZELNIA I WYJAZDY W TEREN

    

    Następne dni spędzaliśmy na zwiedzaniu poszczególnych katedr i zakładów na uczelni oraz znacznie mniej formalne spotkania ze 

studentami, którzy patrzyli na nas jak gości z Zachodu. Poziom życia w porównaniu do naszego był sporo niższy niż u nas i to pod 

każdym względem: warunków, wyżywienia, ubioru oraz swobody w zachowaniu i postępowaniu. Kolejne dni w Charkowie były 

zaplanowane na wyjazdy i zwiedzanie gospodarstw rolnych i hodowlanych czyli kołchozów i sowchozów. Wszystkie te podróże 

odbywały się pojazdem zbudowanym na podwoziu ciężarówki (podobnej do naszych Lublinów), do której zamontowano metalowe 

siedzenia pokryte cienką warstwą dermy, mało wygodne to nic nie powiedzieć, a na dłuższe jazdy ocierające się o tortury. Pamiętam, 

że kierowca miał sprytne choć niezbyt skomplikowane urządzenie do zamykania jedynych drzwi złożone z kilku prętów i linek, które 

jednym ruchem obsługiwał ze swojego siedzenia i w ten sposób zdalnie, jakby pilotem zamykał drzwi tego pojazdu. W czasie jazdy 

było trzęsąco i głośno, a dystansu jakby mało co ubywało. Ale byliśmy młodzi, pełni zapału i chęci poznawania miejsc i ludzi, więc te 

trudności pokonywaliśmy śpiewająco i muzycznie. Gospodarstwa, które mogliśmy zobaczyć prezentowały bardzo różny poziom i 

warunki oraz gatunki zwierząt. W ogromnym kołchozie UKRAINA budynki biurowe, socjalne, stołówka i świetlica były nowe i na 

wysokim poziomie, ale bydło na wybiegach stało w błocie po wymiona, chociaż na usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że w nocy 

była potężna burza i ulewa. Pamiętam rozmowę z jakimś kierownikiem albo dyrektorem, który na nasze pytanie dlaczego dojarka 

zarabia więcej od lekarza wet. odpowiedział, że wracz się nie męczy, a u dojarki trzeba docenić wysiłek i trud. W czasie tych 

wyjazdów zdarzały się różne sytuacje, niektóre wesołe, inne zastanawiające i wywołujące smutne refleksje. Pamiętam jak w trakcie 

jednej podróży, może do Połtawy, na przydrożnym parkingu spotkaliśmy staruszkę (dzisiaj tak bym jej nie określił !), która 

podróżowała wypożyczonym mercedesem, a przyjechała po kilkudziesięciu latach spędzonych chyba w Ameryce, żeby odwiedzić 

swoje rodzinne strony opuszczone w dzieciństwie albo młodości. Była zachwycona spotkaniem z polskimi studentami, tańczyła i 

śpiewała razem z nami i to był jej wesoły powrót do młodości i wspomnień sprzed lat.

                            


                              CYRK W CHARKOWIE

    

    Tak nam mijały dni przed południem, a potem czasem były jakieś dodatkowe atrakcje. Jednego wieczora odwiedziliśmy CYRK, 

który występował w nowej hali widowiskowo-rozrywkowej zbudowanej z betonu, stali i szkła i wyglądał naprawdę nieźle. W środku

wszystko nowe, ogromna amfiteatralna sala z okrągłą areną, wygodne miękkie fotele i zaczyna się przedstawienie ! Światła gasną, 

robi się nastrój i wychodzi młoda, ładna dziewczyna i zaczyna recytować jakiś poemat o treściach patriotycznych, narodowych i 

rewolucyjnych ! Bomba, ale to jeszcze nie koniec zdziwienia, bo ponownie przygasają światła i na arenę wjeżdża kary rumak z 

woltyżerką, która krzepko dzierży w dłoniach bardzo długą czerwoną flagę, która w trakcie galopu dumnie powiewa, a potem był już 

normalny cyrk.

    Po przedstawieniu już przed halą chłopaki chcą podejść pod tylne wyjście dla personelu, żeby pogadać, a może się umówić z 

cyrkowymi artystkami i wtedy głos zabiera nasz opiekun z uczelni charkowskiej chyba Iwan, który mówi, że te artystki często gdzieś 

jeżdżą na występy, mogą mieć różne kontakty i lepiej się umówić z kucharkami z naszej stołówki, bo one mają książeczki zdrowia i 

okresowe badania lekarskie, i w taki sposób upadł ten śmiały pomysł na znaczące zbliżenie międzynarodowe w ramach RWPG i 

Układu Warszawskiego.

                               


                               MUNDIAL 1974 w NIEMCZECH

    

    W czasie naszego pobytu w Charkowie na przełomie czerwca i lipca w Niemczech Zachodnich odbywały się Mistrzostwa Świata w

piłce nożnej. Mecze odbywały się na stadionach m.in. w Berlinie Zachodnim i Monachium. Na początku lipca rozgrywane były 

mecze finałowe. Polska reprezentacja spisywała się znakomicie i po pierwszych zwycięstwach m.in. nad Argentyną (3:2), Haiti (7:0) i

Włochami (2:1) przechodziła do kolejnych rund. W meczu półfinałowym, który oglądaliśmy w telewizji (bardzo marnej jakości), ale 

za to z dopingiem i ogromnym wsparciem Ukraińców (bij Giermanca) graliśmy z Niemcami chyba w Berlinie Zachodnim w okropnej 

ulewie, na murawie mokrej i grząskiej, z kałużami wody w których piłka po prostu się zatrzymywała, a podania nie dochodziły do 

celu. Do 76 minuty był bezbramkowy remis, a mecz powinien być przerwany i wtedy jedynego, zwycięskiego gola strzelił Gerd 

Muller, legendarny niemiecki napastnik. Przegraliśmy, ale na pocieszenie w meczu o III miejsce pokonaliśmy Brazylię 1:0, a Niemcy 

w finale po meczu z Holandią (2:1) zostali mistrzami świata. To był Mundial, w którym wystąpiły dwie niemieckie drużyny Niemcy 

Zachodnie i Niemcy Wschodnie, a nasi gospodarze nie mieli swojej reprezentacji z powodów politycznych, żelaznej kurtyny i zimnej 

wojny. Drużyna Związku Radzieckiego została zdyskwalifikowana przed mundialem za odmowę rozegrania meczu z Chile po 

zamachu na lewicowego prezydenta Allende i przejęciu władzy przez juntę wojskową Pinocheta. Kolejny raz polityka wtrąciła się do 

sportu.

                          

                                        CENTRUM CHARKOWA

    Chyba dwa razy byliśmy w centrum Charkowa, raz chyba w sobotę albo niedzielę nasz bus zaparkował blisko centralnego domu 

towarowego czyli UNIWERMAG-u, w którym robiliśmy zakupy, było to dosyć trudne, bo tam nic ciekawego nie było. Pamiętam, że 

jako pamiątki kupiliśmy tam matrioszki (drewniane malowane ludowe lalki jedna w drugiej), Grażyna rubaszkę – białą lnianą bluzkę 

haftowaną w ludowe wzory a w charakterze prezentów stylizowane na stare i zabytkowe, plastikowe budziki, na baterie ! pełna 

nowoczesność. Blisko centrum była zabytkowa cerkiew do której nie wolno nam było pójść i oczywiście chyba wszyscy poszli, a tam 

złoto, ikony, kadzidła i fantastyczne religijne pieśni w wykonaniu chóru i wiernych. W ostatni dzień przed powrotem pojechaliśmy 

trochę na własną rękę do miasta kolejką podmiejską, zwaną elektriczka, na złote zakupy do sklepu jubilerskiego.

                                      WYCIECZKA NA KRYM, KAMPING POD JEWPATORIĄ

    Jednak najbardziej atrakcyjny był wyjazd na Krym, podróż naszym pojazdem to ogromna męka, bo to kilkaset kilometrów, a my 

tak około 60 km na godzinę (w porywach) i trwało to masakrycznie długo. Po drodze charakterystyczne widoki za oknami, sięgające 

horyzontu żółte pola kwitnących słoneczników i błękitne niebo, czyli kolory ukraińskiej flagi, ale także częste posterunki milicji 

drogowej, tam wtedy wszystko i wszyscy byli pod permanentną kontrolą. Przed samym wjazdem na półwysep Krymski widok do 

zapamiętania na całe życie, z prawej strony Morze Czarne, z lewej Morze Azowskie i wszystko otoczone białymi polami 

pozyskiwania soli morskiej. Naszym miejscem docelowym był kamping w miejscowości Jewpatoria, gdzie dotarliśmy bardzo późno w 

nocy, a na nasze przywitanie rozpętała się potężna burza. Huk grzmotów, błyskawice rozrywające niebo, wielka wichura i 

zwielokrotnione echo tych wyładowań nad Morzem Czarnym robiły na wszystkich ogromne wrażenie i normalnie wywoływało 

strach, kierowca wjechał pod jakąś wiatę, bo nasze auto nie było łodzią podwodną, nie było szczelne i przygotowane na taką 

nawałnicę, tam doczekaliśmy do rana i dopiero wtedy zostały znalezione nasze namioty. Na tym kampingu spędziliśmy bardzo fajny 

tydzień, super pogoda, słońce, gorący złoty piasek na plaży, fantastyczne morze, ciepłe jak zupa. To był ogromny kamping, na kilka 

tysięcy ludzi, tylko dla tubylców i mieliśmy się nie afiszować skąd jesteśmy, a mówić że z zachodnich Karpat. Mieszkaliśmy w 

wojskowych dużych kilkuosobowych namiotach, ale spanie było na wojskowych polowych łóżkach, całkiem wygodnie. Wyżywienie 

było we własnym zakresie, chodziliśmy do olbrzymich barów szybkiej obsługi i tam jedliśmy po oczekiwaniu w długich kolejkach, 

pamiętam że nasze zdziwienie budził zwyczaj jedzenia chleba w dużych ilościach do drugiego dania, mimo że oprócz jakiegoś mięsa i 

sosu były ziemniaki albo kasza. To obowiązywało nie tylko na Krymie, ale cóż „co kraj to obyczaj”. Bardzo fajne były automaty na 

plaży z chłodnym winem albo bardzo dobrym kwasem chlebowym, który można było też kupić w wielu innych miejscach 

bezpośrednio z małych beczkowozów, na upały to było świetne rozwiązanie.

    Niestety nie wszystko było takie fajne. Toalety w tym ogromnym zbiorowisku ludzi to duże wyzwanie, ale to co tam było 

przekroczyło nasze wyobrażenia o takich przybytkach. Dosyć duże murowane, pomalowane na biało budyneczki na podwyższeniu 

były widoczne z daleka, wchodziło się po kilku schodach do jednego wspólnego pomieszczenia, gdzie wzdłuż ścian były stanowiska z 

miejscem na stopy i to koniec (nie było sedesu, ścianek i oczywiście drzwi, ale o braku drzwi wiedzieliśmy już wcześniej). 

Najgorszym przeżyciem dla nas była kolejka ludzi w środku oczekujących na swoją kolej i wypatrująca kto już kończy … Nie było 

łatwo, niektórzy chyba bardziej wstydliwi zasłaniali się dużymi gazetami, jakby czytali, ale ile można udawać czytanie w pozycji na 

kucki ? Było kilka takich miejsc i kolejki do nich od rana do wieczora, pewnym łagodniejszym i bardziej komfortowym rozwiązaniem 

było wyczekiwanie do zmierzchu i przejście przez nasyp kolejowy (pociąg przejeżdżał chyba tylko dwa razy dziennie, więc to nie 

było szczególnym aktem odwagi) na rozległy step i poszukanie w miarę ustronnego miejsca. Takie rozwiązanie groziło jednak 

wdepnięciem w to coś … oraz możliwość spotkania z kimś o podobnych potrzebach.

                                  JEWPATORIA

    Jewpatoria to nie tylko ten kamping, ale duży ośrodek turystyczno-uzdrowiskowy, źródła wody mineralnej i lecznicze błota oraz 

miasto z ciekawą historią, które odwiedził Adam Mickiewicz (autor m.in. Sonetów Krymskich). Niedaleko był ładny park, pełny 

zieleni i spacerowych alejek, beczkowozów z kwasem chlebowym oraz małym pomnikiem na skrzyżowaniu alejek, który przedstawiał

kilkuletniego chłopca, z szokującą dla nas tablicą z napisem „ Lenin rebionkom”. Pomniki tego wodza rewolucji były zresztą na 

każdym kroku, w każdej miejscowości i wiosce, nie mówiąc o większych miastach, ale pomnik Lenina jako dziecko zobaczyliśmy 

pierwszy raz ! Krym to super pogoda, fantastyczne plaże, ciepłe morze i kurorty, zabytkowe miasteczka i wsie, pełne ciekawych 

cerkwi, meczetów, kościołów i rezydencji, a także winnice i produkcja słynnych win. W Jewpatorii byliśmy w piwniczce, w której w 

przyjemnym chłodzie odbywała się degustacja lokalnych win, za symboliczną opłatą każdy uczestnik tego seansu dostał kilka dosyć 

dużych kielichów z różnymi gatunkami regionalnych win oraz ogromnego konfieta, czyli wielkiego cukierka. W miasteczku była też 

przystań, z której wypływały statki spacerowe i wodoloty w rejsy po Morzu Czarnym.

                                    JAŁTA, SEWASTOPOL, SYMFEROPOL

    Pewnego słonecznego dnia z samego rana wybraliśmy się na fantastyczną wycieczkę, właśnie wodolotem do Jałty, miejsca gdzie 

pod koniec II Wojny Światowej ważyły się losy świata, a zwłaszcza Polski i krajów środkowoeuropejskich. Konferencja Jałtańska 

odbyła się na przedmieściach, w Liwadii w dawnym pałacu Potockich (potem odkupionym i rozbudowanym przez cara na letnią 

rezydencję) położonym w zabytkowym kompleksie sanatoryjno-parkowym. Rejs wodolotem był dla nas bardzo atrakcyjny, 

widzieliśmy pierwszy raz w życiu na własne oczy delfiny na wolności, które płynęły razem z nami, zróżnicowane wybrzeże półwyspu,

zlokalizowane gdzieniegdzie na skałach pałacyki i zameczki. Dużym dysonansem do tych widoków i przyjemnych wrażeń był port 

wojenny w Sewastopolu, obok którego przepływaliśmy przez dłuższy czas, z licznymi zacumowanymi ciemno-stalowymi okrętami 

wojennymi i innymi różnymi jednostkami pływającymi Armii Czerwonej, a ich liczba, ogrom i uzbrojenie budziły niedowierzanie i 

obawę. Po krótkim czasie dopłynęliśmy do Jałty z Górami Krymskimi w tle, to kurort o światowej sławie i ciekawej historii, także 

duży port morski, pełen hoteli, pensjonatów, restauracji, kawiarni, eleganckich sklepów i butików położonych przy nadmorskiej 

promenadzie z palmami i tropikalną roślinnością. To co tam zobaczyliśmy poziomem, egzotyką, atrakcyjnością i czystością znacząco 

odbiegało od tego co widzieliśmy do tej pory nie tylko na Krymie, ale także w pozostałych miejscach, które odwiedziliśmy w 

Ukrainie. W Jałcie spędziliśmy kilka godzin, spacer promenadą, musujące sowietskoje igristoje w pobliskim bistro i bardzo drogi sklep

typu pewex przeznaczony tylko na inostranców (złoto, biżuteria, futra, kawior i inne ekskluzywne towary), do którego weszliśmy, 

wyłącznie pooglądać, wszyscy z wyjątkiem naszego opiekuna z uczelni Iwana, którego przy drzwiach wejściowych bezbłędnie 

wyłapał tzw. dyżurny w służbowym uniformie i czapce z daszkiem i otokiem na wzór wojskowy, chyba pierwowzór dzisiejszego 

ochroniarza. Bez zakupów udaliśmy się dalej i na końcu promenady trafiliśmy na nowy kilkupiętrowy hotel, bardzo nowoczesny, z 

windą i restauracją na ostatnim piętrze z panoramicznym widokiem na całą okolicę, i co za chwilę zrobiło niesamowitą furorę, z 

toaletą na wysokim europejskim poziomie, każdy chciał tam pobyć chociaż chwilę w komforcie, samotności i spokoju. Z Jałty przez 

Góry Krymskie jechaliśmy do Symferopola, jednego z największych miast na Krymie, najdłuższą linią trolejbusową na świecie (86 

km) koło znanego miasteczka pionierów Artek i dalej autobusem do Jewpatorii. Ten wyjazd to najlepszy punkt programu, który 

przygotowali nam gospodarze i który na pewno wszyscy wspominają z wielkim sentymentem i przyjemnością. Na zakończenie części 

krymskiej była niestety podróż powrotna do Charkowa naszym gruzowikiem, która trwała tak długo, że w pewnej chwili kierowca 

powiedział stop i noc spędziliśmy zawinięci w koce w przydrożnym rowie obok sadu brzoskwiniowego albo pola słoneczników. 

Zapamiętana była też kolacja tego wieczoru, organizatorzy zakupili dla nas w tym celu pieczone kurczaki, które zaczęliśmy spożywać

po ciemku co nie było najlepszym rozwiązaniem, bo jak się okazało za chwilę, konsumpcje przerwały okrzyki co to ku.. a jest ! 

kurczaki nie były wypatroszone przed obróbką termiczną ! Spanie bez kolacji było pełne dodatkowych wrażeń i atrakcji w postaci 

nocnych odgłosów ze stepu oraz robactwa chodzącego po okolicy i po nas.



                                 OSTATNI DZIEŃ W CHARKOWIE

    Po powrocie do Charkowa czekała nas wizyta pożegnalna w rektoracie, w naszym imieniu z przemówieniem wystąpił Janusz Lach 

jako najlepszy mówca w lokalnym języku i przewodniczący „komsomołu z naszej uczelni”, a po krótkich oficjalnych przemówieniach

każdy dostał na pamiątkę figurkę Lenina, a Janusz dodatkowo inkrustowany w drewnie pamiątkowy obraz z głową radzieckiej 

dziewczyny i wyrzeźbionym okolicznościowym napisem, który do dzisiaj przechowuje w swoim domu. Potem ostatni wypad do 

centrum Charkowa po złote zakupy. Pojechaliśmy z naszego kampusu kolejką podmiejską, zwaną elektriczka, do sklepu jubilerskiego

i tam chyba wszyscy kupili, jako pamiątki coś złotego, my z Grażyną jeden pierścionek i dwie złote dosyć grube, ornamentowane 

obrączki, które za rok zostały spożytkowane na naszym ślubie. Pozostali uczestnicy nie krępowali się w tych zakupach, a niektórzy 

wręcz poszli na całość i kupili kupę złota. W tamtych czasach każdy wyjazd musiał się „zwrócić” i my też oczywiście wpisaliśmy się 

w tą tradycję. Każdy miał coś na handel, m.in. prezerwatywy były rozchwytywane, ale tam wtedy sprzedawało się właściwie 

wszystko, co było przywiezione z Zachodu. Pamiętam, że zabrałem ze sobą 2 pary polskich jeansów marki Odra, sprzedałem też 

nowe zamszowe buty, w których przyjechałem i na spotkanie z rektorem poszedłem w trampkach. Grażyna w ostatni dzień sprzedała 

super kostium kąpielowy, jakieś swoje ładne bluzki i nowy zestaw majtek na cały tydzień, a drugi zestaw do codziennego użytku też 

poszedł, bo sprzątaczki z akademika jak zobaczyły suszące się na poręczy łóżka te majteczki to robiły wcześniejsze rezerwacje i 

licytacje. W ten sposób Grażyna wróciła do Polski w jednych majtkach, a ja w trampkach.

                                    PRZESIADKA W KIJOWIE

    Następnego dnia wyjazd, najpierw pociągiem do Kijowa, leżącej nad Dnieprem stolicy Ukrainy, liczącej wtedy ponad 1,5 miliona 

mieszkańców, gdzie była przesiadka i kilka godzin wolnego czasu, co pozwoliło na długi spacer po centrum. Kijów był w tamtych 

czasach bardzo ważnym ośrodkiem przemysłowym, naukowym i kulturalnym pełnym zabytków, muzeów i pomników (wiadomo 

jakich) oraz dużym węzłem kolejowo-drogowym, z górującym nad miastem i przyciągającym wzrok Soborem Sofijskim oraz 

prawosławnym klasztorem Ławrą Peczerską. W pamięć zapadły mi ogromne i przytłaczające budynki rządowe, mieszczące różne 

ministerstwa i biura dominujące swoją wielkością nad ludźmi, ulicami i okolicą, pamiętam też pierwszą w życiu wizytę w metrze, 

bardzo głęboko pod ziemią, a wystrój stacji metra identyczny jak rządowych budowli, czyli przytłaczający i betonowy. Jeszcze 

ostatnie zakupy, niektórzy zaopatrzyli się w sokowirówki i roboty kuchenne, jak Jasiu, który z wielkim napięciem oczekiwał przyjścia

na świat swojego pierworodnego. Bardzo dobrym zakupem w tamtych czasach były dla nas radzieckie aparaty fotograficzne. U nas 

dostępne były wtedy tylko polskie Druh-y o nienajlepszej jakości, a poszukiwane i cenione były całkiem dobre jak na owe czasy 

Smiena, a zwłaszcza Zenith, skopiowany z niemieckiego aparatu Leica. Praktyka zbliżała się nieuchronnie do końca, jeszcze ostatnia 

wizyta w toalecie na dworcu centralnym w Kijowie i znowu coś zaskakującego, były indywidualne kabiny, chyba z sedesami, a 

drzwiczki jak w kowbojskiej spelunie na Dzikim Zachodzie, bujające się po wejściu i zasłaniające tylko środek, głowa i nogi bywalca 

były widoczne.





                                   POWRÓT DO DOMU

    Potem już bez większych przygód i zaskoczeń powrót do Polski i do domów, gdzie szokowaliśmy swoją czarnomorską opalenizną. 

Spędziliśmy ze sobą prawie miesiąc, przejechaliśmy różnymi środkami transportu (kolej, uczelniany „bus”, wodolot i trolejbus na 

Krymie) tysiące kilometrów, zobaczyliśmy inny świat i ludzi oraz różne ciekawe i mniej ciekawe miejsca. Każdy z nas wyjeżdżał z 

przeświadczeniem, że nie chcemy żyć w takim sowieckim świecie, pełnym niesprawiedliwości, zakłamania, nieszczerości, a także 

nieliczenia się z potrzebami i chęciami zwykłych ludzi, którzy często nie mieli wpływu na losy swojego życia. Nasza przyjaźń i 

wzajemna sympatia umocniły się na następne lata studiów i wiele lat potem, spotykamy i kontaktujemy się do dzisiaj czasem całymi 

rodzinami, bez względu na odległości i dzielące nas granice. Widujemy się indywidualnie, w grupach mniejszych i większych, 

najczęściej na zjazdach absolwentów w różnych zakątkach Polski oraz w zagranicznych kurortach, nie tylko w Europie (Turcja, 

Egipt), a także za pośrednictwem aplikacji DUO przez internet, ale to już zupełnie inna historia. 

    Swoje indywidualne wspomnienia z tamtych lat skończyłem spisywać na początku lutego 2024 roku, a za około 2 tygodnie minie 

druga rocznica wojny w Ukrainie …

    Zdaje sobie sprawę, że pozostali uczestnicy mogą pamiętać ten wyjazd inaczej, z innymi szczegółami i przygodami oraz własnymi 

wrażeniami. Podzielcie się nimi z wszystkimi !



        Piotr Kneblewski

    powrót